n w   
large small default

NIEZALEŻNE GÓRY I PODRÓŻE - STRONA DOMOWA SIERŚCIUCHÓW
baner
Jesteś tutaj:   Start Rzecz pisana Tadżykistan Opowieści Tadżyckie
Opowieści Tadżyckie Drukuj Email
Wpisany przez Ireneusz Gosztyła   
niedziela, 30 grudnia 2007 17:15
Tadżykistan - podróż

Przewartościowania – prolog

Boening 747 dotknął ziemi cokolwiek niedelikatnie.  Czy to ciemna noc, czy może zmęczenie pilota spowodowało spory podskok samolotu na pasie startowym. Rozejrzałem się wkoło po twarzach współpasażerów, z których pod wpływem informacji oglądanych w naszej telewizji, co najmniej połowę mógłbym uznać za członków ugrupowań terrorystycznych. Na szczęście samolot usiadł już na pasie i wyhamowywał powoli, więc nie musiałem się wysilać odgadywaniem odczuć z twarzy o rysach muzułmańskich czy azjatyckich. Z niecierpliwością zwielokrotnioną wielomiesięcznym oczekiwaniem na naszą przygodę życia przywarliśmy do okna. Ciemność.

- Jakoś tak dziwnie jak na międzynarodowe lotnisko – pomyślałem.

 

Jedynie światła samolotu oświetlały brzeg pasa. Brzeg pasa startowego? Nagle do mnie dotarło, iż widzę trawę. No pięknie, lądujemy na łące. Tego to nawet na Okęciu nie ma. Duszanbe, pomimo tego, iż jest stolicą kraju, ma dość zaniedbane lotnisko i chyba tylko jeden pas dla samolotów tego typu. Już podczas powrotu nie zdziwił nas widok roweru porzuconego na pasie startowym Boeninga tureckich linii, ale teraz dopiero mieliśmy dotknąć niewiadomego. Lądujemy i to chyba był moment, kiedy wszystkie obawy związane z wyjazdem do Tadżykistanu, o którym w sumie udało nam się dowiedzieć w Polsce prawie nic, spotęgowały się w sposób maksymalny. Nagle w oknie zobaczyliśmy jakieś światło – to lampa nad starym hangarem, w którym stał groźnie wyglądający wojskowy mig…


Kilkanaście godzin wcześniej, lotnisko Istambuł, odprawa paszportowa.

Tadżykistan - podróż- A państwo dokąd? – pyta przemile uśmiechnięta turecka celniczka.

- Duszanbe, Tadżykistan – odpowiadamy. Tak jakby nie wiedziała dokąd leci samolot, na który nas odprawiała.

- A wizy?

Nie dajemy się już zaskoczyć. Troszkę zamieszania mieliśmy na Okęciu gdzie odprawa też nie kojarzyła, iż wizę do Tadżykistanu można załatwić na lotnisku w Duszanbe. No chyba, że nasze informacje nie były dokładne. Wtedy z długo planowanego wyjazdu nici. Ale póki co podpierając się mailem z ambasady Tadżykistanu z Wiednia pewnie odpowiadamy - będziemy załatwiać na lotnisku. Chwila konsternacji wśród odprawiających, jakieś szepty, spojrzenia.

- Mają bilety powrotne. Przepuszczamy – decyduje, zapewne wyższy rangą, celnik w mundurze. Jeszcze tylko przejście przez bramkę zakończone zdjęciem butów z metalowymi szlufkami i idziemy do samolotu. Widać, że poważnie traktują zagrożenie terrorystyczne w Turcji.


… Wielkie, blaszane cielsko samolotu zamarło. Ulga. Jesteśmy na lotnisku w Duszanbe. Kilka tysięcy kilometrów od domu. Kilkanaście godzin podróży. Kilka lat marzeń. Jak najszybciej już chcielibyśmy wyjść na miasto. Jesteśmy zmęczeni. Jeszcze tylko sprawdzamy, czy wszystko zabraliśmy i wychodzimy na zewnątrz do czekającego pod samolotem autobusu. Właśnie autobusu. Jeszcze nie wiemy, iż największą trudnością po powrocie będzie możliwość opisania tego co widzieliśmy. Będziemy używać słów powszechnie znanych do opisania obrazu zupełnie nieznanego europejskiej mentalności i postrzegania. Napiszę "droga" i czytelnik czyta droga, ale co widzi? Widzi drogę w europejskim wymiarze. Bo w zasadzie jak nazwać coś co łączy północ z południem kraju i jest głównym szlakiem komunikacyjnym? No jak nic główna „droga” kraju. Tylko, iż trzeba sobie wyobrazić naszą polną  czy też leśną drogę wyjętą z lasu i rzuconą w górski krajobraz. Do tego dodać kamienne lawiny, kurz i nieczęste miejsca na mijanie aut, oraz przepaście zaraz za krawędzią. To będzie właśnie „droga”. Jeszcze tego nie wiemy. Nie dociera do nas jak wiele pojęć powszechnie przez nas używanych ulegnie przewartościowaniu. Bo opisać obrazy musimy słowami zrozumiałymi, a dla tego co widzieliśmy brak jest odpowiedników. Azja jest jednak inna…


Kilka miesięcy wcześniej, siedziba główna Sierściuchów w Warszawie.


Zamknąłem laptopa rozłączając Internet. Definitywnie stało się jasne, iż planowany wyjazd w większej grupie pod nazwą „Pamir- Zerawszan expedition 2007” nie dojdzie do skutku. Wygląda na to, iż siadła organizacja na poziomie planowania. „Nigdy więcej demokracji” - pomyślałem.

- Szczuru trochę szkoda, ale wyprawa z różnych powodów nie jedzie – odezwałem się do Dominiki – co robimy? – ze względu na moją osobę pytanie było retoryczne. Jak się chce dotknąć obcych dla siebie lądów, to niestety rozpoznanie musi się odbyć. Tak więc osobiście byłem zdeterminowany: jadę choćbym miał spędzić 3 tygodnie li tylko w Duszanbe, ale wolałem mieć pewną odpowiedź od Sierściucha mniejszego. Co prawda włożyła mnóstwo pracy w organizacje wyjazdu, ale warunki brzegowe się trochę zmieniły. Tak to w życiu bywa, iż dobrze mieć za plecami pewnego przyjaciela, który świadomie podjął decyzje.

- Jedziemy - jej uśmiech mówił za wszystko: Sierściuch mniejszy też jest zdeterminowany. A więc jutro po szczepionki do apteki. Jedziemy.


…więc i autobus jest inny niż na normalnych, międzynarodowych lotniskach. Coś w rodzaju starego ikarusa. Dobrze, że jest noc i w miarę znośna temperatura inaczej zapewne byśmy się ugotowali. Ruszamy po starych betonowych płytach w stronę nieznanego. Blaszany barak szumnie zwany halą odpraw zbliża się nieuchronnie. Wpuszczono nas do środka przez szklane drzwi, które za chwilę obsługa zamknęła łańcuchem na kłódkę. Za godzinę zrozumieliśmy dlaczego. Z samolotu, który przyleciał z Rosji runęła masa ludzi chcąca jak najszybciej wrócić do domu. Na szczęście dla nas i naszych bagaży ktoś wymyślił, iż nie wpuszcza się do środka tych ludzi póki nie zakończy się odprawa poprzedniego, czyli naszego, samolotu. Czekając w kolejce cały czas oglądaliśmy twarze ludzi tłoczących się za szybą. Hala odpraw? Zaczęliśmy zwracać na nią uwagę dopiero po tym jak przedarliśmy się przez pokój zwany „działem wizowym”. Jakieś pomieszczenie, być może pomalowane parę lat temu, ale w sposób nietrwały, gdyż farba zaczęła się już porządnie łuszczyć. Wypełniamy na kolanie jakieś jednostronicowe druki w języku rosyjskim. Co prawda wisi też wersja angielska, ale tłumacz chyba się nie przykładał za bardzo bo niewiele więcej nam pomaga. Dominika trochę się boi o swoją wizę izraelską, ale chyba niepotrzebnie. Nikt zbytnio się nie przejmuje formalnościami. Francuz przed nami dokłada 10 dolarów do opłaty za wizę, które lądują w szufladzie biurka. Palący cygareta celnik w charakterystycznej jeszcze postrosyjskiej czapce wojskowej przymyka oko na brak jednego zdjęcia. Powoli dociera do nas, że tutaj wszystko jest do załatwienia. Jeszcze tylko opłata za wklejaną wizę i wychodzimy z nory zwanej działem wizowym.

Tadżykistan - podróżPuszcza nas napięcie trzymające od Okęcia. Możemy wejść spokojnie na teren Republiki Tadżyckiej. Rozglądamy się z ciekawością po tej hali przylotów wielkości większej wersji sklepu „Biedronka”. Potem dowiemy się, iż Francuzi podpisali kontrakt na budowę nowoczesnego terminala, ale póki co cofnęliśmy się do czasów wczesnego Bieruta. Oglądamy jedyny taśmociąg na bagaże za dwoma budkami dla celników (są dwie, jedna dla Tadżyków, druga dla innostranców), który warcząc ponuro wywozi bagaże. Na szczęście widzimy nasze plecaki, ale za chwilę dobre samopoczucie mija. Przez jedyną bramkę do wykrywania metalu przejeżdżają w tą i z powrotem ludzie z metalowymi wózkami na bagaże. Bramka nie reaguje. Niechby zobaczyli to Amerykanie, którzy wyłożyli sporo kasy na system zabezpieczeń antyterrorystycznych :). Spokojnie mogliśmy wwieźć kałasznikowa lub moździerz albo jakąś broń przeciwpancerną. Bramka ani drgnie. Zresztą na jej końcu znudzony młody żołnierz nawet nie zwraca uwagi na ekran kontrolny. Z niepokojem patrzymy czy jakieś dzieciaki nie wrzucą na wózek naszych plecaków i nie czmychną na zewnątrz. Niby jakiś dziadzio sprawdza ręcznie kody kreskowe bagaży, ale jakoś tak nasza wiara w jego skrupulatność jest dość mizerna. Na szczęście po krótkiej pierwszej potyczce z naszym rosyjskim, czyli po diabla przyjechaliśmy i co my tu chcemy, jesteśmy przy bagażach. Są całe. Taszczymy je przed drzwi wejściowe i wychodzimy na zewnątrz. Hala odpraw zjadła nam ze trzy godziny czasu i zrobiło się już widno. Niesamowicie podnieceni rozglądamy się ciekawie wkoło. Udało się. Nawet nam samym ciężko w to uwierzyć. Jakaś zupełna abstrakcja. Puściły nas nerwy i obawy. Jesteśmy w Tadżykistanie...

cdn.

Tam gdzie zawsze jest poniedziałek

Poprawiony: sobota, 12 kwietnia 2008 16:38
 
Reklama